Używamy cookies m.in. w celach zapewnienia maksymalnej wygody użytkowników przy korzystaniu z naszej strony (zapamiętywanie preferencji i ustawień na naszych stronach, zbieranie anonimowych danych dla celów statystycznych). Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.
ENG
PL

W Szwecji każdy złowi...

2017-11-13

fakty czy mity?

Rok temu w październiku miałem okazję łowić z Jankiem kilka dni na niezwykle ciekawym, szwedzkim jeziorze. Varpen, bo o nim piszę, kryje w sobie olbrzymi potencjał – czyli potężne szczupaki. Brań nie ma wiele, jednak widziałem zdjęcia dwóch olbrzymów 131cm oraz 132cm, a okaz w granicach 120cm nie robi na miejscowych wędkarzach większego wrażenia. Zanim wjechałem na prom do Polski wiedziałem, że nad tę wodę jeszcze wrócę tym bardziej, że udało się złowić kilka naprawdę fajnych esoxów.

Na początku listopada 2017 jechałem jak po swoje. Rok wcześniej udało mi się odrobinę poznać jezioro i jego niełatwy charakter, obstawiałem więc, że i teraz będzie dobrze. Oby tylko zima nie zmroziła powierzchni jeziora, bo wtedy nawet nie wypłyniemy. Razem ze mną pojechało trzech doświadczonych wędkarzy, a każdy nastawiony na jedną rybę – życiówkę. Co prawda Rafał ma szczupaka 124cm na rozkładzie (z Zegrza – serio!!!), a Marcin 117cm, więc dwie potężne mamuchy, jednak w Varpen pływają jeszcze większe potworstwa. Gdzie więc pobić życiówkę, jak nie tam?

fot.1.jpg

Jeden z naszych pokoi. Zapowiada się zacnie.

fot.2.jpg

Przez większość dni łowiliśmy od samego rana, aż do niemal całkowitych ciemności.

Nie będę opisywał całej naszej wyprawy i wszystkich starań, bo to artykuł nie o tym. Tym razem chcę uświadomić tych wszystkich, którzy twierdzą że „w Szwecji się nie liczy”, że „w Szwecji każdy głupi złowi”, albo że „za granicą to metrówki same wskakują do łódki”. Jasne jasne… Piszą tak ci, którzy nie wystawili nosa na zagraniczne łowiska i po prostu działają wg zasady – nie znam się, ale się wypowiem.

Pierwszego dnia Rafał złowił malutkiego sandaczyka, Kuba niewiele większego szczupaczka, a mi jakiś mały mętnooki obżarł ogonek przynęty. Woda miała temperaturę troszkę poniżej 5 stopni Celsjusza. Szczupaki mogłyby być odrobinę ospałe, ale sandacze powinny żerować jak wściekłe. Drugiego dnia Rafał zalicza okonka 20+, a pół godziny później ja mam pewne branie na szczupakową gumę w wielkości 18cm. Zacinam i czuję, że siedzi spora ryba. Szybko luzuję hamulec w kołowrotku (łowiliśmy na głębokiej wodzie, więc aby przesunąć dużą gumę w pysku ryby trzeba ją przesunąć – stąd dokręcony hamulec), jednak ryba nie odjeżdża. Czuję tylko charakterystyczne dla dużych szczupaków machania łbem na boki. Ryba dość szybko pojawia się przy burcie łodzi, chlapie dwa razy i sprawnym ruchem Rafał ładuje ją do podbieraka. Tyle było walki. Szczupak mierzy 104 centymetry i jest bardzo gruby – brzucholec pełen żarcia, obstawiam sporego leszcza i coś na deserek. Po szybkiej prezentacji do aparatu niespiesznie odpływa w głębinę. Walka jak na rybsko tych rozmiarów była naprawdę żałosna. Kondysja dobra, tylko esox ospały.

fot.3.JPG

Rybka o długości 104cm, która dała nam dużo nadziei na kolejne ładne szczupaki.

Łowiliśmy w sumie sześć dni i była to jedyna ryba powyżej metra. Co więcej – był to jedyny szczupak, którym moglibyśmy się pochwalić. Złowiliśmy ich kilka, jednak żaden nie był nawet zdjęciowy! Nie było 80ki, nie było 70ki, nie było nawet 60ki! Z sandaczami jeszcze większa lipa, ponieważ na czterech wędkarzy złowiliśmy ich….trzy! Trzy sandaczyki, z których żaden nie zbliżył się nawet do 40cm! Do tego dwa okonie (oba złowił Rafał), ale tylko jeden piękny. Pasiak o długości 40cm połakomił się na średniej wielkości „jaskółkę” podaną w pionie, czyli na vertikal.

fot.4.JPG

Rafał to potężny chłop i ryby wyglądają przy nim na małe, ale wierzcie mi – ten okoń miał 40cm.

Próbowaliśmy wszystkiego – przynęt mniejszych i większych, w różnych kolorach i kształtach. Próbowaliśmy z rzutu, z verta i na trolling. Na płytkiej i na głębokiej, szybciej i wolniej. Zapisy na echosondach były piękne – duże ławice drobnicy, a pod nimi dwa lub trzy olbrzymie łuki, kilka stojących obok siebie sandaczy na łagodnych spadkach z twardym dnem, ryby stojące u podstawy górek…ale nie brały. W sumie złowiliśmy „aż” 11 ryb – na czterech wędkarzy, przez 6 dni łowienia na jeziorze z naprawdę dużym potencjałem. Tylko dwie ryby były przyzwoite – wspomniana metrówka i okoń Rafała. Kuba miał na wędce dwa duże szczupaki, jednak w pierwszym wypadku zawiodła dozbrojka, a w drugim olbrzymi szczupak wszedł w zaczep i po kilku chwilach plecionka przetarła się o kamienie.
Ostatniego dnia temperatura wody spadła do około 3,3 stopni, a niektóre zacienione zatoki pokryły się cienką warstwą lodu. W dniu naszego wyjazdu nasz Szwedzki gospodarz wyciągnął łódki do hangaru. Innych łódek na jeziorze już nie było…

fot.5.jpg

Charakterystyczny koziołek w porcie. Lubię to miejsce.

fot.6.jpg

I tak stałem się przemytnikiem….

fot.7.jpg

Piękny zachód zwiastuje mróz w nocy…

fot.8.jpg

…i tak też było. Wypływaliśmy na wodę zamrożoną łódką.

fot.9.jpg

Głębokość ponad 12 metrów i olbrzymie stada drobnicy w toni. Tu kręciły się drapieżniki, jednak kompletnie nas olewały.

fot.10.jpg

Łowiliśmy w deszczu i w słońcu, na fali i na flaucie. Efekty bez zmian.

fot.11.jpg

Listopadowe noce są długie, a wieczory przychodzą zbyt wcześnie…do głów wpadają więc najróżniejsze pomysły.

Płynąc do Polski spotkaliśmy na promie grupę wędkarzy, wracających z dość popularnej, sandaczowej wody. U nich też było słabo, wręcz tragicznie. Na czterech spinningistów przez 6 dni wędkowania złowili 5 (słownie - pięć!!!) sandaczy.

Piszę ten tekst po to, aby każdy zdał sobie sprawę z tego, iż ani w Szwecji, ani w żadnym innym kraju nie jest tak łatwo. Jak ryby nie żerują, jak pozamykają pyski na dobre, wyjścia są trzy – pierwsze to młócić wodę i czekać, aż drapieżniki się odpalą (co osobiście polecam), drugie to pić (czego nie polecam, choć wszystko dla ludzi) i trzecie to wrócić do domu (czego nie polecam w szczególności). Jeśli drogi czytelniku jesteś zdania, że „za granicą się nie liczy”, „w Szwecji każden jeden…”, a „metrówki same wskakują do łódki” to wiedz, że jesteś w wielkim błędzie. Twierdzisz tak, bo sam nigdy w Szwecji (czy w innym kraju) na rybach nie byłeś i najprawdopodobniej nie będziesz. Masz czego żałować, bo to piękne łowiska i wspaniałe ryby, ale są tak samo chimeryczne jak te nasze, krajowe. Oczywiście jest ich więcej i o dużą rybę łatwiej, ale one też potrafią się wyłączyć. I wtedy nic ich nie ruszy…trzeba tylko czekać.

fot.12.jpg

Jeden z trzech sandaczyków…wielkości wyrośniętego jazgarza.

fot.13.jpg

Najmocniejsze branie miałem ostatniego dnia, jednak szczupak…no właśnie, sami widzicie… Mały zbój nie miał oporów przed atakiem na Pulse Shada 18cm. 

Ja i moi koledzy kochamy wyzwania, a opisywane jezioro ma wielki potencjał, choć jego mieszkańcy są niezwykle kapryśni. Cóż, wracamy tam za rok!
Ps. Bardzo dziękuję Rafałowi, Marcinowi i Kubie za wspaniałe towarzystwo i dobrą zabawę. Panowie – doborowy skład docenia się najbardziej wtedy, gdyby ryby nie żerują. Nawet najstraszniejsze siniaki mi nie straszne choć muszę Wam się przyznać, że wczoraj „odkryłem” kolejnego sińca…

Link do opisu zeszłorocznej wyprawy na Varpen:
http://www.crazyfishermen.pl/artykuly,strona,pokazwpis,znad_wody,82

Kamil „Łysy Wąż” Walicki

Najczęściej oglądane

2015-03-31

2015-01-22

Znad wody. Crazy Fishermen Fishing TV Expedition Team 2015. Najlepsze filmy wędkarskie. Wszystkie prawa zastrzeżone.