Używamy cookies m.in. w celach zapewnienia maksymalnej wygody użytkowników przy korzystaniu z naszej strony (zapamiętywanie preferencji i ustawień na naszych stronach, zbieranie anonimowych danych dla celów statystycznych). Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.
ENG
PL

Wędkarstwo - Styl Życia

2015-02-24

 

Pierwsze wyprawy.
Moja przygoda z wędkarstwem zaczęła się przez przypadek, a jak się okazało po pewnym czasie – wpadłem po uszy. A było to tak:
Byłem zwariowanym 33 latkiem, zakochanym w quadach i we wszystkim, co je otacza: błocie, kurzu i kamieniach wylatujących spod kół. Podczas każdej wyprawy zastanawiałem się czy wrócą cały, ponieważ przeżyłem kilka spektakularnych wypadków – pęknięty kask, wybity obojczyk itp. 



Któregoś dnia mój przyjaciel Tomek zaprosił mnie na ryby. Pomyślałem – „gościu zwariował ale co tam, posiedzę trzy godzinki i spadam do „mojego” świata - świata extreme”. 
Mój pierwszy wyjazd na ryby zgrał się z problemami w pracy, co doprowadziło do komicznej sytuacji. Ja – krzyczący do telefonu, a obok wędkarze – skupieni nad gruntówkami i spławikówkami. Nie wspomnę o Tomku, który siedział cały czerwony i udawał, że mnie nie zna. Przygoda zakończyła się oczywiście kompletną porażką. Nie przewidziałem jednak, że mój przyjaciel jest takim uparciuchem, że zrobi drugie podejście i ponownie wyciągnie mnie nad wodę…
Tym razem to była nocna zasiadka z gruntem i spławikiem. Nigdy nie zapomnę tego, jak się przygotowaliśmy – na pewno nie byliśmy gorsi od naszych komandosów wyjeżdżających do Iraku. Wkroczyliśmy do sklepu wędkarskiego w bojowych nastrojach i od progu zaczęliśmy kompletować niezbędne rzeczy – kilogramy zanęty karpiowej, dwie paczki robali, pozwolenia na wędkowanie oraz świetliki do spławików. Tu muszę się przyznać, że owe świetliki mnie zafascynowały – przełamane w pół świeciły jasnym światłem – „przydadzą się na wyprawy w góry” – pomyślałem. Wieczorem przygotowaliśmy termos z gorącą herbatą, kanapki i ruszyliśmy ku przygodzie. 
Na łowisko dojechaliśmy około godziny 23. W tamtym czasie byłem na etapie „złów & zjedz”, więc z zamiarem smażenia pierwszej zdobyczy rozpaliliśmy ognisko. Na szczęście ryby były innego zdania, choć o tym dowiedziałem się po trzech godzinach, bo tyle trwało szykowanie sprzętu. Teraz może to brzmi śmiesznie, ale czułem się jak facet, który idzie na wojnę…z rybami. Tu koszyczek, a tu przypon. Tomek świetnie sprawdzał się w roli wykładowcy, a ja – wierny uczeń, wbijałem podpórki pod wędki. Wyciąganie wędek z pokrowców celebrowaliśmy niczym wypakowywanie broni z kabury. Mój „nauczyciel” przeszedł do kolejnej lekcji – zarzucanie, branie i zacinanie, jednak to ryby piszą scenariusz. Nasze emocje stygły, a aparat fotograficzny służył jedynie do fotografowania naszego ogniska i metalowych kubków z gorącą herbatą. Nigdy nie zapomnę widoku skupionego Tomka, który siedząc na rozkładanym krzesełku, ze stoickim spokojem zapewniał mnie – „zaraz ruszą, zaraz ruszą”. W pewnej chwili jeden ze spławików się poruszył i na wędce zameldował się niewielki leszczyk. Teraz wiem, że był mały, ale wtedy wydawał mi się olbrzymim potworem, więc nawet użyłem podbieraka. Swoją drogą dobrze, że nie wypadł przez oczka w siatce… 
Tak dotrwaliśmy do 8 rano. Pełni nadziei i szczęśliwi, obcując z przyrodą cieszyliśmy się każdą chwilą, która separowała nas od codzienności. Najpiękniejsze było to, że dwóch przyjaciół, pomimo niezbyt udanych połowów zaczęło snuć plany na kolejne wyprawy. Wtedy właśnie zrozumiałem, że wędkarstwo to nie siedzenie i nuda, ale wspaniała przygoda. 
Rano nad wodą zjawił się młody chłopak z jedną wędką i podręczą torbą, więc jego sprzęt w porównaniu z naszym arsenałem wyglądał licho. Cały czas rzucał, ściągał i znowu rzucał. Naprawdę mu dopingowałem, żeby w końcu udało mu się tak zarzucić, żeby nie musiał poprawiać. Dopiero gdy poszedłem do niego spytać się, czemu wciąż to robi i tak wolno zwija zestaw dowiedziałem się, że jest to całkiem inna metoda niż grunt i spławik, którymi łowiliśmy ja i Tomek. Ten chłopak łowił na spinning. Wtedy mnie oświeciło, że chyba znalazłem „swoje” hobby. Zaczęło się od zniesienia ogromnej ilości sprzętu nad wodę, aby przekonać się, że ryby nie biorą – wtedy też się przekonałem, że metoda gruntowa nie jest dla mnie. Taka ilość tobołów trochę przypomina mi zimowe wyjazdy mojej całej rodziny na narty. Spocone czoło podczas zapinania nart całej rodzinie, a potem jeszcze trzeba dojść do wyciągu. Mnie zaciekawiła metoda spinningowa.

Spinning

Następnego dnia wraz z Tomkiem zjawiliśmy się w sklepie wędkarskim. Tym razem nie w roli komandosów wyruszających na pole bitwy, ale jako ukierunkowani spinningiści. Pamiętam, że strasznie cieszyłem się z nowego, leciutkiego kołowrotka i jeszcze lżejszej wędeczki. Trochę tylko przerażały mnie te niezliczone ilości żyłek… 
Uzbrojeni w nowy sprzęt wyruszyliśmy na komercyjne łowisko, jednak ilość oddanych rzutów w żaden sposób nie przekładała się na ilość brań. Wyszło jakieś…..600:0. Zabawa była i tak fantastyczna. Trzeba jednak przyznać, że sprzedawca w sklepie wędkarskim, doradzający początkującym kolegom nie był zbyt łaskawy. Sprzedał mi „żyłkę na szczupaka”, która po pierwszym rzucie do złudzenia przypominała sznurek do rozwieszania prania. Przywiązanie do niej przyponu było tak trudne, że zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie trzeba go dokleić, a nie dowiązać.

Następnym etapem naszej przygody była rzeka Skawa i tam właśnie nastąpił przełom. W trzech rzutach złowiłem dwa okonie, niesamowita euforia!!! 



To był wstęp do kolejnej wyprawy i dzięki życzliwości naszego kolegi Krzysztofa Kadłubickiego, już kilka dni później wypłynęliśmy na wodę łódką uzbrojoną w echosondę i silnik elektryczny. Już od początku Krzysztof nas nie rozpieszczał. Po obejrzeniu naszego sprzętu stwierdził, że…jesteśmy dobrze ubrani i nic więcej, jednak jako profesjonalny spinningista dysponował zapasem sprzętu, więc się z nami podzielił. Nasz bardziej doświadczony kolega patrzył na ekran echosondy i mówił – „…o tu jest ławica ryb”. Patrzyliśmy na niego jak na obłąkanego. Gdy po chwili pokazał palcem na ekran i powiedział – „a tu są sandacze”, razem z Tomkiem powiedzieliśmy – „my też”. Gdy opowiadał o plecionkach 0,08mm i o grubszych 0,15mm, o tych wszystkich LBSach…nie miałem pojęcia, o co mu chodzi… Teraz wiem, że tamtego dnia przepadłem. Wpakowałem się po uszy – w wędkarstwo spinningowe. 
Na wędce miałem założony czerwony twister z pieprzem, uzbrojony główką o masie 25 gram. Trudno nazwać to podbiciem, ale starałem się prowadzić przynętę tak, jak pokazał nam Krzysztof. Nagle poczułem mocne walnięcie i pomyślałem, że „wjechałem” w kabel wysokiego napięcia. Pamiętam tylko niesamowity opór i krzyki moich kolegów – „odkręć hamulec”! Jako zapalony quadowiec zawsze odkręcałem gaz, a nie hamulec więc nie miałem pojęcia o co im chodzi. Finał był taki, że ryba spadła przy samej burcie, a chłopaki stwierdzili, że ryba była „piękna”. Ja poczułem większy skok adrenaliny, niż podczas najbardziej zwariowanych zjazdów quadem…
Po tym wspaniałym poranku, wraz z Tomkiem pojawiliśmy się ponownie w sklepie wędkarskim. To był następny etap – teraz już byliśmy spinningistami….tyle tylko, że jeszcze z małą wiedzą. Kupiliśmy tak dużo sprzętu, że przez tydzień nie byliśmy na rybach i próbowaliśmy ogarnąć, jak to wszystko działa i do czego służy. Nowe wędki, podbierak, echosonda i mnóstwo innych klamotów. 
Następną wyprawą było wspólne wędkowanie z moimi synami. Chłopaki ubrane w kapoki, a tata jako kapitan jednostki uzbrojonej w silnik elektryczny – ruszyliśmy na wody zbiornika Dziećkowice. Zacząłem tłumaczyć latorośli co do czego służy i po zawiązaniu pierwszego zestawu oddałem wędkę w ręce starszego syna Norberta. Gdy przygotowywałem drugi zestaw słyszę jak Norbert mówi – „tata, o coś zaczepiłem”. Wziąłem kij do ręki i poczułem, że „zaczep” odjeżdża – po pewnym czasie wyholowaliśmy suma o długości 109 centymetrów. 




To była niesamowita euforia – byłem dumny z siebie jako przewodnika i jeszcze bardziej dumny z moich synów. Złapali bakcyla od razu – spłynęliśmy z wody bo strasznie wiało, a gdy tylko dobiliśmy do brzegu, od razu wskoczyli po pas do wody i…łowili dalej. 

 





Wyznaczone cele i marzenia
Kocham wyzwania, więc szybko zapragnąłem większej wody. Czasem prowadzę interesy na Słowacji, więc szybko znalazłem nowe kontakty wędkarskie. Poszczęściło mi się i poznałem Franciszka Zmoraya – wspaniałego człowieka i doświadczonego wędkarza. Szybko się okazało, że nasze charaktery są podobne i Franek stał się moim serdecznym kolegą. Od tej pory wraz z Tomkiem jesteśmy szczęśliwymi członkami związku wędkarskiego na Słowacji. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie zanudził Was opowieścią, jak to się zaczęło…
Poprzez jednego ze znajomych dostałem namiary na Rybarską Osadę. Kto był ten wie, że to raj na ziemi. Przyzwyczajony do standardów zbiorników ze strefą ciszy, spakowałem wszystko co miałem – również silnik elektryczny i „niezwykle lekkie” akumulatory. Swoją drogą – jak to jest, że kiedy się je niesie nad wodę są lżejsze, niż po spłynięciu? Targałem już wtedy stosy wędek, ogromne ilości gum i główek jigowych. Sprzęt wędkarski zajmował więcej miejsca w samochodzie, niż moja rodzina. Tak obładowany ruszyłem na podbój Liptovskiej Mary. Na miejscu Franciszek uświadomił mnie, że czeka na mnie łódka z silnikiem spalinowym – udałem, że wiedziałem o tym. Gdy rozpakowywałem wszystkie graty podejrzewał, że będę budował prototyp….czegoś, a ja po cichu gadałem, że Rumun jak to Rumun – ma ze sobą wszystko. 

Następnego dnia wypłynąłem na wodę wielka metalową łódką. Ogarnięcie silnika spalinowego poszło dość gładko, a dzień okazał się piękny – złowiłem kilkanaście okoni przekraczających 30 centymetrów długości i sześć szczupaków, w tym jednego 90+. Dla mnie świat zwariował, a ja krzyczałem ze szczęścia. Natychmiast ściągnąłem Tomka do Rybarskiej Osady.



Następnego dnia wypływałem już jako „znawca” Liptowskiej Mary i przewodnik dla Tomka. Sytuacja się powtórzyła – ryby chętnie współpracowały, głównie okonie. Mój przyjaciel złowił prawdopodobnie swoją rybę życia – okonia w granicach 50 centymetrów. Wtedy byliśmy jeszcze na etapie, żeby złowić cokolwiek i ten rybostan najzwyczajniej nas przerósł. Postanowiliśmy „przenieść się” głębiej i poszukać sandaczy. Do tematu podeszliśmy profesjonalnie (tak nam się wydawało), czyli główka jigowa 10 gram na 20 metrach głębokości – opad trwał wiecznie. Na szczęście z odsieczą przybył Franciszek, który podpowiedział nam co i jak – zaczęły się brania i wyholowaliśmy pierwsze sandacze. Ryby 50+ cieszyły nas bardziej niż banany w czasach PRLu. 



W tym czasie weszliśmy wraz z Tomkiem w etap świadomej edukacji wędkarskiej. Wieczorami oglądaliśmy filmy, planowaliśmy gdzie będziemy łowić jutro, a w telewizorze Tomasz Krysiak opowiadał o sposobach prowadzenia gum i jak ważna jest wklejanka podczas nauki łowienia sandaczy. Podczas oglądania tych filmów rodziły się kolejne marzenia – własna łódka i jeszcze większa woda, większe ryby. Zacząłem sobie uświadamiać, że z dnia na dzień moje nowe hobby staje się moim sposobem na życie – i jest mi z tym dobrze. 

 



Szwecja – raj dla wędkarzy
Pewnego dnia pomyślałem, że ryby już łowimy, jednak brak nam szlifu i techniki. Zacząłem się zastanawiać gdzie znaleźć wodę, żeby ryb było dużo, żeby każde branie było inne i gdzie moglibyśmy podszlifować umiejętności. Padło na Szwecję. Zaczęły się poszukiwania i dzwonienie do ośrodków wędkarskich. Jakież było moje zdziwienie, gdy pewnego razu w słuchawce usłyszałem znajomy głos Tomasza Krysiaka. Niestety od razu usłyszałem – „jestem zabukowany na dwa lata do przodu” i…”po ptokach”. Coś jednak zaiskrzyło i Tomaszek wieczorem oddzwonił – pojawiło się światełko w tunelu. Jest szansa na trzy dni, mam czekać jutro na potwierdzenie. Przyznam się, że tej nocy nie mogłem zasnąć. Rano dostałem potwierdzenie wolnego terminu i zaczęło się odliczanie dni. Rozmawialiśmy wiele razy przez telefon i słuchałem, jakie ryby Tomasz łowi aktualnie z klientami. Nasz apetyt na wyprawę rósł, a ja zamiast kupować swoją ulubioną Angorę, co tydzień śledziłem wpisy Tomaszka na jego stronie naryby.com. Już wtedy kupiłem swoją pierwszą łódkę – Nitro, co było kompletnym wariactwem. Szybkie kursy motorowodne, doprowadzenie łódki do stanu idealnego…i wylot do Szwecji. Tomek Krysiak jak się dowiedział o nowym zakupie stwierdził, że jesteśmy „przepięknie pogięci” – przy czym nie użył słowa „pogięci” ;) 
Wraz z Tomkiem jechaliśmy na lotnisko ze świadomością, że za trzy godziny uściśniemy rękę legendzie wędkarstwa – i tak też się stało. Tomasz przywitał nas słowami – „panowie może na rybki”? Wnet zaczęło się młócenie wody.



Tomaszek to facet, do którego jedzie się łowić i nie ma czasu na zbędne „pitu pitu”. Minimum 10 – 12 godzin łowienia, podczas których cały czas słuchasz jakie błędy popełniasz. Jak dziś patrzę wstecz, to Tomasz ukierunkował mnie jako wędkarza. To on nauczył mnie myśleć na rybach oraz uświadomił, że łowienie dużych ryb nie musi być przypadkowe. Pamiętam wieczorny wykład na temat błędów jakie popełniamy i że powinniśmy ułożyć sobie w głowie obraz, jak ryby stoją na blacie, jak na spadach itp. Następnego dnia życia nam pokazało, że warto słuchać dobrych rad bardziej doświadczonych kolegów. Poczułem się tak, jakby ktoś nagle przeniósł mnie z gimnazjum do liceum. Połowiliśmy pięknych ryb, a nasze wyobrażenie o szkierach – że może nie ma tam tak wielu ryb – legło w gruzach. 

 



Dzisiaj nie wyobrażam sobie sytuacji, żeby chociaż raz w roku nie pojechać do Szwecji. Dzięki Tomkowi Krysiakowi miałem okazję wraz z nim łowić sandacze w jeziorach, szczupaki w szkierach i piękne okonie spod lodu. Z pełnym przekonaniem mogę nazwać się uczniem, wychowankiem Tomka Krysiaka. W swoim życiu mam farta w poznawaniu wspaniałych ludzi i do ich grona zaliczam Tomaszka. Dzięki niemu złowiłem swoją pierwszą w życiu metrówkę – adrenalina niesamowita, a skok ciśnienia taki, jakbym wpadł w poślizg autem gnając 200km/h. Miałem ochotę wyć z radości tym bardziej, iż wypracowywałem taką rybę przez trzy sezony. 



Nauki ciąg dalszy.
Po powrocie ze Szwecji zaczęliśmy z moim przyjacielem Tomkiem szlifować swoją technikę i w tym czasie staliśmy się motorowodniakami. Nie sukces, a porażka hartuje charakter człowieka – oszczędzę Wam zatem opisu naszych porażek, przy których ukruszona śruba w silniku nie jest niczym nadzwyczajnym. Nie baliśmy się iść na głęboką wodę, przy okazji poznając kolejnych wspaniałych wędkarzy. Byliśmy już niezależni, z własną łódką i własnym sprzętem – zaczęliśmy odkrywać kolejne zbiorniki w Polsce i na Słowacji. Nasza przygoda trwała nadal i pewnego dnia pojawił się pomysł stworzenia teamu. Tomek Krysiak powiedział kiedyś, że jesteśmy przepięknie pogięci – tak powstała nazwa Crazyfishermen. 
Pewnego dnia umówiłem się z Franciszkiem na ryby nad jednym ze słowackich zbiorników zaporowych. Wiatr marszczył wodę, a okonie pięknie współpracowały. W porze obiadowej spłynęliśmy do brzegu i zaczęła się dyskusja o łodziach. Franek akurat szukał nowej jednostki, więc odpaliliśmy Internet i zaczęliśmy przeglądać amerykańskie strony. Nagle zobaczyłem ogłoszenie, w którym sprzedawano olbrzymiego Lunda i przez myśl mi przebiegło – „Robert, znowu będziesz jechał na sucharach”. Stało się – Lund za dwa tygodnie był już w kontenerze, a w mojej głowie buzowały pomysły jak łódka będzie wyglądać. Po odbiorze z portu zaczął się wyścig z czasem, aby przygotować łódkę jeszcze w tym sezonie. Nowy sprzęt, wyposażenie i mnóstwo innych drobiazgów – wtedy uświadomiłem sobie, że wędkarstwo spinningowe to nie tylko przechytrzenie ryby, ale również swojej drugiej „połówki”. To dopiero jest sztuka! „Kochanie, zobacz jaką mają wyprzedaż, aż o 50% - może to kupię”? Zacząłem się nawet zastanawiać, że skoro moja żona ma taki dryg do wykorzystywania promocji, to może powinna wyszukiwać dla mnie atrakcyjne promocje na sprzęt wędkarski… 
Nowa łódka cały czas jest przygotowywana do zwodowania, a ja katuję ryby z Nitro. W międzyczasie poznaję chłopaków z firmy KR FISHING. Dwaj bracia, ludzie o wielkiej pasji i podobnym poczuciu humoru – szybko się umówiliśmy na wspólną wyprawę. Ja, jako szczęśliwy posiadacz nowej krypy jadę po chłopaków i śmigamy na listopadowe sandacze. Po drodze Konrad i Remik opowiadają mi, że przejeżdża jeszcze paru chłopaków z Warszawy – zaczynają się nowe znajomości, wśród których był też Kamil Walicki. Tego dnia nie potrafiłem uwierzyć we własne szczęście – jestem na rybach z facetem piszącym rewelacyjne artykuły, które osobiście uwielbiam czytać, jest doskonałym wędkarzem od którego można się wiele nauczyć – nie ujmując oczywiście nic pozostałym członkom wyprawy. Każdy z nas połowił sandaczy i dopiero wieczorem był czas, aby na dobre się przywitać. Szybko się okazało, że razem tworzymy fajną „paczkę” i od razu zaplanowaliśmy kolejną, grudniową wyprawę na sandacze. 

W każdym wariactwie jest metoda 
Tak zaczął się dla mnie kolejny z etapów mojej wędkarskiej „kariery”. Na grudniowej wyprawie stwierdziliśmy z Kamilem, że fajnie się rozmawia i co najważniejsze – spodobało mu się „moje” bajoro z sandaczami. Dlatego plany na kolejny sezon powstały już w grudniu. Na początku maja dostaliśmy zaproszenie do Tomasza Krysiaka i tym razem pojechaliśmy już we trzech – Tomek, Kamil i ja. To była wspaniała wyprawa – obfitowała w ryby, przygodę i była okraszona rubasznym poczuciem humoru. Wszystko co dobre jednak szybko się kończy, więc pozostało podziękować Tomaszkowi za zaproszenie i wracać do kraju. W drodze powrotnej dużo rozmawialiśmy o wspólnych planach i padła propozycja, aby…zrobić film. Kamil od pewnego czasu żył z tym pomysłem i planował zrealizować go wspólnie ze swoim kolegą Mateuszem. Miał pewne doświadczenie, bo w niejednym już zagrał, a ja jako laik…nie mogłem tego przegapić! W ciągu miesiąca powstał plan, który zrealizować mieliśmy na naszych urodzinach. Naszych – ja i Tomek przekraczaliśmy właśnie granicę z 4-ką z przodu. Urodziny spędziliśmy wraz z Tomkiem i Kamilem na wodzie, a kilka dni później dojechał Mateusz z resztą ekipy filmowej – zaczęła się przygoda. Nowe doświadczenie z wędkarstwem, planem filmowym i godzinami spędzonymi przed kamerami. Było warto – gdy chłopaki pokazali mi trailer filmu zgodnie stwierdziliśmy, że trzeba iść w tym kierunku. Tak powstał nowy team – Crazyfishermen Fishing TV Expedition Team. Zmieniło się logo, ukazując nasz prawdziwy charakter. Wiedzieliśmy, że chcemy robić filmy jakich w naszym kraju jeszcze nikt nie robił…
Chcemy pokazywać jak spełniać marzenia, opowiadać o nowych łowiskach i naszej wspólnej przygodzie. Musicie uwierzyć mi na słowo – to jest przygoda trzech mężczyzn, którzy kochają swoją pasję i chcą się nią dzielić z innymi. Jednocześnie chcemy się doskonale bawić i zmieniać stereotypy „smutnych” wędkarzy, dla których niezdrowa rywalizacja na łodzi jest standardem. W naszych filmach chcemy pokazywać nowości wędkarskie – zaczynając od ciuchów, poprzez przynęty, wędki, a na elektronice kończąc. Chcemy to robić obiektywnie, szczerze. 


Moi drodzy – życzę Wam takiej przygody z wędkarstwem jaką sam przeżywam i nie bójcie się marzyć – jestem najlepszym przykładem na to, że w przeciągu pięciu sezonów można bardzo dużo wypracować i wiele osiągnąć. Najważniejszy jednak jest czynnik ludzki. Ja już znalazłem swoje miejsce na ziemi, czego z całego serca i Wam życzę. 

 

Robert Policha

Najczęściej oglądane

2015-10-20

2016-08-06

Znad wody. Crazy Fishermen Fishing TV Expedition Team 2015. Najlepsze filmy wędkarskie. Wszystkie prawa zastrzeżone.