Używamy cookies m.in. w celach zapewnienia maksymalnej wygody użytkowników przy korzystaniu z naszej strony (zapamiętywanie preferencji i ustawień na naszych stronach, zbieranie anonimowych danych dla celów statystycznych). Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.
ENG
PL

Roosterfish

2017-03-18

Polując na rybę marzeń

 

Pewności nie mam ale zgaduję, że większość z nas – wędkarzy ma swoją, tzw. „rybę marzeń”. Gatunek, który chciałby….zaliczyć. Nie chodzi o rozmiar ryby, tylko – jakby to nie zabrzmiało – o zaliczenie. Na mojej „liście marzeń” sporo jest takich ryb i jeszcze do niedawna na pierwszym miejscu była ryba-kogut, czyli roosterfish. Podczas ostatniej wyprawy udało się zrobić małe przetasowanie, bowiem ucapiłem dwa roostery i teraz nr 1 na mojej liście jest tarpon, a zaraz za nim GT.

Raz na jakiś czas (przeważnie raz na kilka lat) staram się wyrwać gdzieś daleko, jak najdalej. Tym razem padło na Meksyk i niewielką miejscowość Zihuatanejo, położoną na brzegu Oceanu Spokojnego. Oczywiście nie pojadę nigdzie bez wędki, więc wyjazd poprzedzony był małym rekonesansem. Po pierwsze – jakie ryby tam pływają, po drugie jaki jest najlepszy okres na łowienie, po trzecie jak się do nich dobrać i po czwarte – ile to kosztuje. Okazało się, że zimą (mnie interesował przełom lutego i marca) są duże szanse na żaglicę, marlina, tuńczyka oraz mahi mahi, czyli koryfenę. Wszystkie te gatunki łowi się przeważnie w trollingu i choć nie przepadam za taką rozrywką, to pomyślałem, że fajnie byłoby spróbować prawdziwego Big Game. Najlepszą informacją było jednak to, że można tam również próbować sił w spinningu, a zwłaszcza morskim poppingu, o którym nasłuchałem się bardzo dużo od Maćka Rogowieckiego. Maciek, zakochany w takim łowieniu podjudzał mnie już od kilku lat do takiej wyprawy, pokazując zdjęcia z rybami oraz opowiadając o sile gatunków oceanicznych. Gdy doczytałem, że w Meksyku jest szansa na złowienie roostera…nie mogłem nie pojechać.
Opowieść o całej wyprawie i samym Meksyku zostawię na inną okazję, bo będzie dość długa. Tym razem skrobnę kilka słów o dwóch wypłynięciach na Ocean, w poszukiwaniu mojej ryby marzeń.

 

fot.1.jpg

 

Przygotowania do łowienia trzeba zacząć jeszcze przed wejściem na pokład łodzi. Najlepiej w pokoju hotelowym.

 

Od razu mówię, że bez dobrego przewodnika możecie zapomnieć o złowieniu tej ryby. Pomijając odpowiedni sprzęt i przynęty, musicie trafić w odpowiednią miejscówkę – i bez pomocy fachowca, po prostu jest to niemożliwe. Ja szukałem najlepszego przewodnika przez 5 dni! Rozmawiałem z wieloma kapitanami, którzy oferowali rejsy wędkarskie (wielu z nich szukało turystów, próbując wciskać wycieczki po wodzie – trochę łowienia, trochę nurkowania, oglądanie delfinów itp.), jednak ja byłem dobrze przygotowany – pytałem konkretnie o łowienie roosterów i wtedy przeważnie następowała krępująca cisza. Jeśli ktoś podejmował temat, to prosiłem o pokazania zdjęć z rybami – i (mówiąc brzydko) japy się zamykały… W końcu znalazłem fachowca ale wierzcie mi, że łatwo nie było.

 

fot.2.jpg

 

Na wodach zatoki kołysze się wiele łodzi, a każdy kapitan próbuje namówić turystów na rejs właśnie z nim. Wybór dobrego przewodnika wędkarskiego jest niezwykle trudny.

 

fot.3.jpg

 

Tak wygląda większość łodzi miejscowych przewodników, ale też kapitanów, którzy próbują „złapać” turystów – niekoniecznie wędkarzy.

W końcu wypływamy! Santiago – bo tak miał na imię przewodnik ogląda mój sprzęt (bo oczywiście zabrałem z Polski). Od razu mi mówi, że wędka przydałaby się dłuższa. Tego dnia zabrałem kijaszek o długości 2,40 m. i ciężarze wyrzutu 50-150gr. (kupiony z myślą o Wiśle i sumach), ale w hotelu miałem też 3 metrowego Penna o c.w. 80-120gr. No nic, wezmę go na kolejne wypłynięcie. Przewodnikowi natomiast bardzo spodobał się mój kołowrotek, który sprawiłem sobie specjalnie na ten wyjazd. Był nim tak zachwycony, że truł mi o nim przez trzy dni, jednak nie chciałem go odsprzedać. Później popatrzył na przynęty i stwierdził, że takich jeszcze nie widział – na pierwszy rzut oka są ok, ale jak nie będą działały, to da mi swoje sprawdzone wabiki.
Na łowisko płynęliśmy ponad godzinę (choć łódka była szybka i wyposażona w dwa silniki po 60KM), bowiem „dobra plaża” znajdowała się ponad 50 km od portu. W tym czasie przewodnik opowiedział mi trochę o roosterach i tym, jak się je łowi. Przynęta musi być ciężka, bo trzeba machnąć daleko. Najważniejsze jednak, aby poruszała się po powierzchni i nie może się zanurzyć. Powinna naśladować latające ryby, więc im więcej czasu nad powierzchnią (!!!) tym lepiej. Wyobrażacie sobie szybkość, z jaką trzeba kręcić korbą, aby wobler o wadze 40 czy 80gr. Ślizgał się po powierzchni, a nawet nad nią wyskakiwał? Znane nam tzw. „tempo boleniowe” to powolny spacerek w porównaniu z łowieniem roosterów! Po 20 minutach takiej zabawy nie miałem czucia w lewym przedramieniu…a łowienia było 6 czy 7 godzin. Kij musi być wysoko uniesiony, bowiem plecionka nie może dotykać powierzchni wody – ryby to widzą. Wobler po pierwsze musi polecieć daleko (nawet bardzo daleko), po drugie dać się poprowadzić ekspresowym tempem i ślizgać się po powierzchni, a po trzecie powinien wyglądać naturalnie. Oznacza to kolor srebrny, może być z domieszką błękitu lub czerni (czy też szarości). Dobre jest też połączenie białego i czerwonego, czyli popularne u nas „flagowce”. Oczywiście do takiego łowienia kompletnie nie nadają się woblery ze sterem, bowiem od razu schodzą pod powierzchnię. W takim wypadku roostera raczej nie skusimy – tak przynajmniej twierdził Santiago.

Oczywiście zaopatrzyłem się przed wyjazdem w mocne kółeczka łącznikowe, wzmacniane kotwice oraz agrafki i krętliki o odpowiedniej mocy.

 

fot.4.jpg

 

Poczwórnie wzmacniane kotwice oraz mocarne agrafki. Bez takiego wyposażenia możemy darować sobie łowienie żyjących w oceanie drapieżników.


Przewodnik ustawiał łódkę w pobliżu plaży, jednak za linią załamujących się fal. Musiałem rzucać jak najdalej, aby wobler minął idącą falę (a fale oceaniczne są długie i wysokie, więc łowiliśmy na falach o wysokości nawet ponad 3 metry!) i wpadł w największą kipiel. Potem kręcenie korbą najszybciej jak się da. Gdy ryba pojawiała się za woblerem i próbowała go złapać (co przy tak szybkim prowadzeniu nie było dla niej łatwe i czasem próbowała to zrobić kilkukrotnie na odcinku 20-30 metrów), trzeba było zacisnąć poślady i jeszcze przyspieszyć. Jeśli w tej chwili przynęta zwolniłaby choć odrobinkę, rooster ucieka. Kręciłem ile siły w łapach i naprawdę ciężko było mi sobie wyobrazić, jak miałbym jeszcze przyspieszyć.

Przez kilka godzin miałem tylko jedno branie. Nie był to jednak rooster, a bonito. Ryba była bardzo silna, choć na takim zestawie nie poszalała długo, a na koniec wyhaczyła się tuż przy łódce. Pod koniec wyprawy, praktycznie w drodze powrotnej do portu (wyobraźcie sobie jaki byłem „zadowolony” – 6 czy 7 godzin łowienia, miałem tylko jedno branie i nic nie złowiłem…) zauważyliśmy ptaki, które tuż przy brzegu atakowały małe ryby. Santiago od razu ustawił łódkę w zasięgu rzutu i powiedział, żebym rzucał jak najdalej, najlepiej na piasek. Po kilku rzutach, gdy wobler znajduje się w największej kipieli mam potężne branie. Przewodnik od razu mi podpowiada, że to nie rooster tylko jack (jack crevalle). Ryba jest bardzo silna i walczy uparcie, najpierw robiąc kilkunastometrowe odjazdy, a potem kręcąc kółka przy łodzi i nie dając się podciągnąć. Po kilku minutach słabnie na tyle, że udaje mi się ją podprowadzić w pobliże łódki i przewodnik podbiera ją chwytem za ogon.

 

fot.5.jpg

 

Wreszcie ryba na haku! Niewielki jack, a kij do 150gr gnie się mocno.


Jak na moje oko, podobna jest do GT (choć nigdy GT nie złowiłem i widziałem je jedynie na zdjęciach). Wielki łeb i paszcza, duże oczyska i wąska nasada płetwy ogonowej. Ten właśnie napęd jest niesamowity i chyba żadna ryba pływająca w naszych wodach nie dysponuje taką siłą i energią podczas walki (oczywiście porównując ryby o podobnej masie). W dodatku po podebraniu wydaje śmieszne dźwięki – chrumka jak mały prosiaczek. Krótka sesja fotograficzna i ryba wraca do wody. Trzeba się spieszyć, bo ptaki wciąż atakują małe ryby wśród łamiących się fal, a to oznacza, że pod wodą są też drapieżniki. Po kilkunastu rzutach mam kolejne branie i znowu jack crevalle wysnuwa plećkę z kołowrotka. Ta ryba jest odrobinę większa i silniejsza, ale i ona po kilku minutach (trudno ocenić, ale obstawiam że 7-8 minut ostrej walki było) dostaje fleszem aparatu po zdziwionych oczach. W ciągu kolejnej godziny udaje mi się złowić jeszcze dwie ryby w podobnym rozmiarze i…koniec łowienia, wracamy do portu.

 

fot.6.jpg

 

Jack crevalle w całej okazałości. Niesamowita i fajnie chrumkająca ryba.

 

fot.7.jpg

 

Jack w tym rozmiarze – choć wcale nie okazały – jest zaciekłym wojownikiem.

 

fot.8.jpg

 

Portret z bliska.

Po kilku dniach odpoczynku znowu wypływamy w poszukiwaniu roostera (tym razem zabrałem dłuższy kij, dzięki czemu rzuty były sporo dalsze). Przewodnik opowiada mi, że ryby które złowiliśmy (czyli jack crevalle) pływają w stadach. Bardzo często też wśród nich pływa rooster, który bywa zdecydowanie największą rybą w całym stadzie. Jednak jack’i są tak szybkie, że zanim rooster dopadnie do przynęty, mniejsze drapieżniki już ją atakują. Trzeba mieć po prostu farta- po pierwsze znaleźć się w pobliżu roostera, a po drugie tak podać i poprowadzić przynętę, aby to właśnie ryba-kogut była szybsza. Potem pozostaje już „tylko” wyholować zdobycz.
Po godzinie docieramy na miejsce, w którym łowiliśmy kilka dni temu – tam, gdzie spadło mi bonito. Po 30 minutach widzimy olbrzymie stado jack’ów (oceniam je na jakieś 40-50 sztuk), które płynie za moim woblerem, jednak widząc łódkę niespiesznie odpływa w lewo. Tuż za nimi widzę…wielką rybę – to rooster! Zanim otworzyłem gębę żeby coś powiedzieć, przewodnik krzyczy „rooster, big rooster!!!”. Ryba przypłynęła za stadem jack’ów, jednak odbiła w prawo, w kierunku plaży. Przewodnik kaze mi natychmiast rzucać w tamtym kierunku. Jeden rzut, drugi, trzeci, czwarty…brania nie ma. Santiago mnie ponagla twierdząc, że on tam gdzieś jest. Po kolejnych kilku rzutach, gdy wobler ślizga się po tafli wody widzę dużą rybę, która próbuje dopaść przynętę. Słyszę jak Santiago wrzeszczy „faster, faster”!!! Zapierdzielam korbą na pełnej prędkości i wreszcie…. To nie było branie, to nie było uderzenie. Wyobraźcie sobie, że zwijacie przynętę najszybciej jak umiecie i nagle zaczepia o nią jadący pociąg. Nie ma uderzenia, jest odjazd na 70 metrów, który trwa nie więcej niż 5 sekund! Nawet nie wiem, czy zdążyłem zaciąć. Po 5 sekundach miałem o 70 metrów plecionki mniej na kołowrotku i dopiero ryba zwolniła. Gdy się zatrzymała, zaczął się hol. Odzyskałem 20 metrów, po czym znowu straciłem 50 metrów linki w 5 sekund. Tak właśnie wygląda walka z roosterfish’em. Niekończące się, choć coraz krótsze odjazdy. Ostatnie 5 minut to próba podholowania ryby do łódki i powolne, ale silne odjazdy na kilka metrów. W końcu przewodnik łapie roostera za ogon i wciąga na pokład łodzi.

Trzymając go do zdjęć zdaję sobie sprawę z tego, że to zdecydowanie najpiękniejsza ryba, jaką złowiłem w życiu. W dodatku wielka i silna, bardzo agresywna i trudna do złowienia. Mój pierwszy rooster w życiu i od razu niemały. Pełnia szczęścia!

 

fot.9.jpg

 

Mój pierwszy roosterfish, ryba marzeń.

 

fot.10.jpg

 

Portret z bliska. Ta ryba naprawdę ma moc!

 

fot.11.jpg

 

Płetwa grzbietowa roostera ma „pióra” o długości nawet pół metra. Stąd nazwa roosterfish, czyli ryba-kogut.


Po wypuszczeniu udaje nam się namierzyć jeszcze dwa żerujące roostery. Widzimy jak ganiają mniejsze ryby, wyskakując nad powierzchnię. Jeden z nich próbuje pochwycić moją przynętę, jednak kilka razy nie trafia i już więcej się nie pokazuje.

Płyniemy na inną plażę i po „którymś tam” rzucie widzę jak rooster wychodzi do mojego woblera. Znowu przyspieszam i po chwili gwizd kołowrotka zwiastuje, iż ryba-kogut trafiła w przynętę. Walka wygląda dokładnie tak samo jak wcześniej – długie i błyskawiczne odjazdy, powolne odzyskiwanie plecionki i kolejny odjazd. Po około 20 minutach ryba jest przy burcie, przewodnik łapie ją za ogon i wciąga na łódkę. Gdy rooster jest już nad pokładem wypada mu z ręki i wpada do wody, a wobler…zostaje na pokładzie. Ryba daje dyla i choć złowiona, nie mam zdjęcia – ale to nie ważne. Ważne, że pierwszy rooster pięknie zapozował. Drugi był w podobnym rozmiarze, może nawet odrobinę mniejszy, więc nie ma co płakać. Ryba na pokładzie, więc złowiona. Można wracać do domu…

 

fot.12.jpg

 

Gdy zobaczycie nurkujące pelikany, od razu trzeba płynąć w to miejsce i rzucać. Tam są ryby!

 

Te dwa dni było to moje pierwsze (nie licząc łowienia z Kubą i Patrykiem w Hiszpanii, o którym napiszę niebawem) zetknięcie z łowieniem oceanicznych drapieżników na spinning i morski popping (choć na poppera brania nie miałem). Wrażenie niesamowite. Po pierwsze siła i agresja ryb jest niewyobrażalna! Tu naprawdę kołowrotek może się zagotować, a sprzęt musi być potwornie mocny (o sprzęcie którego używałem napiszę na końcu). Pamiętajcie też, że to nie jest robota dla słabiaków. Ja, choć słabiakiem (chyba) nie jestem i mam w sobie dużo zawziętości (taka wada, ale nie umiem z tym walczyć…), miałem dość po 30 minutach łowienia. Nie czułem lewego przedramienia, bowiem kołowrotek i wędka są ciężkie, a jeszcze trzeba kręcić korbą w zawrotnych prędkościach. Tylko owa zawziętość pomogła mi w przetrwaniu wędkarskiej dniówki i w ponowieniu próby. Wreszcie też zrozumiałem dlaczego na wielu zdjęciach z tropików, wędkarze ubrani są w eleganckie koszule z kołnierzem i długim rękawem. Myślałem, że to taka moda. Okazuje się, że bez takiej koszuli albo nie wytrzymacie, albo…nie zaśniecie wieczorem. Termometr w cieniu pokazywał 41 stopni Celsjusza (!!!), a łowimy na słońcu. Ja miałem czapkę na glacy, okulary polaryzacyjne (bez nich możecie nawet nie wypływać na wodę), przewiewną koszulę z długimi rękawami oraz…”komin”, który co kilka minut moczyłem w wodzie i kładłem sobie na kark. Po jednym dniu moje policzki (których niestety nie zasłaniałem przed słońcem) wyglądały jak spękana od słońca ziemia, tylko w czerwonym kolorze.

Na koniec opiszę sprzęt, który używałem do łowienia. Pierwszego dnia łowiłem wędką Penn Regiment IIHSX o długości 240cm oraz ciężarze wyrzutu 50-150gr. Pięknie pracowała pod walczącymi rybami i miała spory zapas mocy, choć powinna być odrobinę dłuższa (musiałem rzucać jak najdalej). Dlatego drugiego dnia zabrałem ze sobą model 3 metry – Penn Regiment z c.w. 80-120gr. Rzuty były rzeczywiście dłuższe, a kij poradził sobie z dwoma roosterami. Najważniejszym elementem zestawu jest oczywiście kołowrotek. Ja postawiłem na Penn Slammera III w wielkości 5500 i się nie zawiodłem (zarówno wędki jak i kołowrotek polecił mi kolega, który kilkukrotnie już zaliczył łowienie w tropikach). Maszyna dobrze układa plecionkę na szpuli, płynnie chodzi (co przy takim rozmiarze nie zawsze jest oczywiste) i wytrzymuje nie tylko hol dużych i silnych ryb, ale też łowienie ciężkimi przynętami oraz…słoną wodę. Oczywiście ZAWSZE, po każdym łowieniu cały sprzęt należy przepłukać pod prysznicem w letniej (i słodkiej) wodzie. Jeśli tego nie zrobimy, szlag trafi nasz kręcioł, przynęty, a nawet wędki. Na szpulę Slammera nawinąłem plecionkę Whiplash Green o średnicy 0,20mm. Tak przynajmniej było na opakowaniu, jednak – jak pisałem w jednym z wcześniejszych artykułów na tej stronie – ta plećka jest rewelacyjna, choć bardzo pogrubiona. W rzeczywistości ta linka ma średnicę pewnie około 0,30mm (jak nie lepiej) i niemal 30kg wytrzymałości. Plećki musi być dużo i mi weszło trochę ponad 200 metrów. Jako przypon warto zawiązać metr fluorocarbonu o wytrzymałości około 30kg. Ja nie zabrałem fluo więc łowiłem bez przyponu, wiążąc agrafkę bezpośrednio do plecionki. W połowie drugiego dnia (gdy urwałem woblera…) pożyczyłem kawałek fluorocarbonu od przewodnika i łowiłem już z przyponem.

 

fot.13.jpg

 

Penn Slammer III w wielkości 5500. Ciężki, ale niezniszczalny kręcioł do zadań specjalnych.

 

fot.14.jpg

 

Kręcioł musi równo układać plecionkę, a sama linka powinna być mocna i mieć wytrzymałość około 30kg.


Zabrałem różne przynęty i zdecydowanie najwięcej brań miałem na wobler Sebile o nazwie Stick Shad i długości 11,4cm i wadze 38gram. Pływające woblery są zdecydowanie zbyt lekkie, aby rzucić na odpowiednią odległość. Drugiego roostera złowiłem na woblera pożyczonego od przewodnika (biało-czerwone malowanie), jednak nie mam pojęcia jakiej produkcji była ta przynęta.
Bardzo ważnym elementem zestawu są kółka łącznikowe, kotwiczki oraz agrafki i krętliki. W woblerach pozmieniałem kółeczka łącznikowe na nowe, o wytrzymałości 50kg (to wg przewodnika minimum!), założyłem jedna z najmocniejszych kotwic (poczwórnie wzmacniane), które udało mi się kupić przed wyjazdem oraz zaopatrzyłem się w duże i mocne agrafki do około 50kg.

 

fot.15.jpg

 

Część przynęt, które zabrałem ze sobą z Polski.

 

fot.16.jpg

 

Miejscowy sklep wędkarski. Można tu kupić niemal wszystko – od pamiątek (tandetnych, plastikowych ryb do powieszenia na ścianie), aż po śruby i inne elementy wyposażenia silników zaburtowych. Wybór przynęt i wędek jest jednak wybitnie mizerny…


Sprzęt zabrałem z Polski, ponieważ lubię łowić swoimi wędkami i kołowrotkami, ale w cenie rejsu był sprzęt, z którego można było korzystać. Jak popatrzyłem na wędki, kołowrotki i przynęty przewodnika jestem przekonany, że nie było lipy i też by nie zawiódł.

W kolejnym artykule opiszę inny gatunek ryby, który udało mi się złowić w Meksyku. Ale…o tym niebawem.

Kamil „Łysy Wąż” Walicki

Najczęściej oglądane

2015-03-31

2015-01-22

Znad wody. Crazy Fishermen Fishing TV Expedition Team 2015. Najlepsze filmy wędkarskie. Wszystkie prawa zastrzeżone.