Używamy cookies m.in. w celach zapewnienia maksymalnej wygody użytkowników przy korzystaniu z naszej strony (zapamiętywanie preferencji i ustawień na naszych stronach, zbieranie anonimowych danych dla celów statystycznych). Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.
ENG
PL

Szczupaki z jeziora Wierzchowo

2017-07-05

Szwecja w Polsce?

Tym razem los rzucił naszą ekipę filmową na północ Polski, do Szczecinka. To już druga nasza wyprawa do tego miasta, które jest niezwykle otwarte na turystykę, również tę wędkarską. W dodatku ryb w okolicznych jeziorach jest naprawdę sporo. Nie oznacza to jednak, że każdy kto tu przyjedzie natłucze sandaczy, szczupaków czy leszczy – czasem trzeba się napracować.

W Szczecinku pojawiliśmy się bardzo wcześnie rano i po prostu padliśmy na pyski. Niemal 500km od Warszawy – odległość spora ale do przejechania, choć nasze auto zapakowane sprzętem wędkarskim i filmowym oraz olbrzymia łódka na haku, nie pozwalały na rozwijanie zawrotnych prędkości. Turlaliśmy się więc ładnych kilka godzin (ruszyliśmy po godzinie 20:00) i gdy tylko głowy dotknęły poduszek w hotelowych pokojach…padliśmy.
Po czterech godzinach snu pojechaliśmy na mały rekonesans, aby znaleźć odpowiednie miejsce do slipowania łódki. Pod tym względem jezioro Trzesiecko okazało się niezwykle „gościnne” – szybko znaleźliśmy aż trzy miejscówki i łódkę zrzuciliśmy na terenie nowej przystani wędkarskiej.
Nie znając jeziora szukaliśmy szczupaków w zatokach na płytkiej wodzie oraz w okolicy trzcinowisk. Ryb było sporo, jednak były „elektryczne”. Krótkie, nerwowe szarpnięcia za przynęty, sporo odprowadzeni i kilka spadów. Janek złowił jednego „stykowca”, a mi spadła fajna 70ka. Zapowiadało się ciekawie, bo przez trzy czy cztery godziny łowienia zanotowaliśmy ponad 10 brań szczupaków.
Następnego dnia wypływaliśmy jak po swoje. Mamy namierzone ryby, wiemy w jakich miejscach stoją…wystarczy tylko rzucić. Jednak po raz kolejny Natura pokazała swoją nieprzewidywalność. Przez cały dzień łowienia, od godziny 5 rano do 20 nic nie złowiliśmy. Co więcej! – mieliśmy tylko jedno nieśmiałe branie! Sprawdza się stare powiedzenie, że szczupaki potrafią się nagle wyłączyć i równie niespodziewanie odpalić. Tym razem zastrajkowały i mimo, iż w Trzesiecku jest ich naprawdę dużo…polegliśmy.
Osobiście bardzo lubię takie wody – trudne, ale z dużym potencjałem i już wiem, że we wrześniu wracam na to jezioro. Być może nic nie złowię, ale będę bogatszy o kolejne doświadczenia.

 

fot.1.jpg


Centrum Konferencyjne ZAMEK. Znowu tu jesteśmy!

 

fot.2.jpg

 

Pogoda tego dnia była tragiczna. Deszcz siąpił przez cały dzień.

 

fot.3.jpg

 

Krótka przerwa na Mysiej Wyspie na pyszną kawę i gorącą kiełbasę z grilla.

Przyszedł dzień, w którym zaczynaliśmy kręcić film o szczupakach. Naszym łowiskiem miało być jezioro Wierzchowo, niedaleko Szczecinka. W bezpośredniej bliskości miasta sporo jest rybnych wód, jednak nasz wybór padł właśnie na to jezioro. Pierwsze problemy pojawiły się w chwili, gdy chcieliśmy zwodować naszą łódź. Jest duża i ciężka, a w dodatku potrzebujemy pewnej głębokości, aby Nitro „usiadło” na wodzie. Brzegi Wierzchowa są w dużej części piaszczyste, a woda płytka. Gdy znaleźliśmy miejsce, w którym powinno udać się zwodować krypę okazało się, że jest zbyt płytko. Nie pozostało nic innego jak rozebrać się do gaci, odpiąć przyczepę i wepchnąć ją ręcznie do wody. Dopiero 20 metrów od brzegu było wystarczająco głęboko, aby łódeczka zjechała z przyczepy. Wiedzieliśmy, że w drugą stronę – czyli z wyciągnięciem jej z wody nie będzie tak łatwo, ale po co martwić się na zapas? Ruszyliśmy na wodę.
Dostaliśmy kilka namiarów od naszego kolegi Łukasza. Pokazał, gdzie z dna jeziora wyrastają podwodne górki, jednak zachęcał nas do szukania szczupaków na płytkiej wodzie, najlepiej w licznych zatokach. Opowiadał, jak podczas dobrego żerowania nad ranem lub tuż przed zmierzchem zębacze wypływają na płycizny i widać jak ganiają drobnicę na półmetrowej wodzie. Co ciekawe, dość często są to duże ryby! Widzieliśmy zdjęcia metrowych okazów, a największy szczupak złowiony na Wierzchowie o jakim słyszeliśmy, mierzył podobno 117cm! O takim krokodylu do kamer nawet nie marzyliśmy, jednak „dopóki piłka w grze…”.

fot.4.jpg

 

Aby zrzucić dużą łódkę musieliśmy odpiąć przyczepę i wepchnąć ją do wody ręcznie. Dopiero 20 metrów od brzegu Nitro „złapała” wody na tyle, że ześlizgnęła się na taflę jeziora.

 

fot.5.jpg

 

Teraz wystarczy tylko wyciągnąć przyczepę na brzeg.

Zaczęliśmy od cypelków porośniętych trzcinami. Wielu wędkarzy szuka szczupaków na środkach zatok (i słusznie), zapominając jednak o samych cyplach, które bywają równie dobrymi miejscówkami. Tu jednak było słabo, bowiem poza esoxem pod 60cm, którego złowiłem w jednym z pierwszych rzutów nic się nie wydarzyło.
Dryfując wzdłuż trzcinowisk nie mogłem się napatrzeć… Woda krystalicznie czysta, niemal jak w akwarium. Na głębokości 3 metrów widziałem każdy kamyczek, każdą muszelkę – coś wspaniałego. Ryby na pewno to wykorzystywały i z daleka widziały cień naszej łódki, musiałem więc tak ustawiać Nitro, aby dryfowało w odległości dalekiego rzutu od potencjalnych miejscówek, nie bliżej.
Drugi dzień był nieco lepszy, choć też bez rewelacji. Złowiliśmy z Jankiem kilka szczupaków, ale znowu żaden nie przekroczył 60 centymetrów. Zaliczyliśmy jednak cztery pory roku w jeden dzień. Było więc solidne gradobicie, burza z piorunami, ulewa, upał i bezchmurne niebo, potężna wichura oraz flauta. Mówią, że „kwiecień – plecień”, a to przecież był początek czerwca! Ryby zwariowały i niechętnie reagowały na przynęty.

fot.6.jpg

 

Gradobicie w czerwcu? Proszę bardzo…

 

fot.7.jpg

 

W minutę napadało go całkiem sporo…

fot.8.jpg

Kolejna tego dnia wizyta na brzegu, bo zaczyna się robić nieciekawie…

fot.9.jpg

I tak cały czas…

fot.10.jpg

…a jak już się rozpadało, to nie chciało przestać.

Tuż po burzy i piekielnie silnej wichurze (musieliśmy schronić się na dzikim brzegu) postanowiliśmy obłowić sporą wyspę. Wiatr zdecydowanie ucichł więc wymyśliłem sobie, że od nawietrznego brzegu wysepki powinno być dobrze, bowiem wiatr i fale pewnie zepchnęły tam sporo drobnicy. Zgadłem! Przy szerokim pasie trzcin kręciło się mnóstwo uklejek i płotek, a echo pokazywało spore ławice na głębokości 3 – 4 metrów. Niestety żaden szczupak nie zareagował na nasze starania, choć trafił się piękny przyłów w postaci okonia o długości 41 centymetrów. Jak ten garbus upchnął w gębie niemałego Pulse Shada to nie mam pojęcia, ale jak widać jeśli drapieżnik jest głodny, to nie ma przynęt „za dużych”.

fot.11.jpg

Berkley Pulse Shad w wielkości 11cm, kontra okoń 41cm. Okoń wygrał.

Trzeciego dnia wstaliśmy jeszcze po ciemku i pognaliśmy nad wodę. Znajomi pływający po Wierzchowie zgodnie twierdzili, że najwięcej brań mają z samego rana i o godzinie 8 czy 9 rano jest już „po zawodach”. Ryby stają się niechętne i brania ustają. Od świtu aż do godziny 11ej mieliśmy po kilka trąceń i jednego zębatego (w rozmiarze…oczywiście pod 60cm), który w dodatku wpakował mi kotwiczkę w palucha. Zadzior wszedł cały i to dość głęboko, ale przecież podróż na ostry dyżur nie wchodziła w grę, więc….poradziłem sobie inaczej. To zdecydowanie spartański sposób na pozbycie się kotwiczki z palucha, a szczegóły zobaczycie oglądając gotowy film. Już myśleliśmy, że znowu nic szczególnego się nie wydarzy, gdy nagle ryby się odpaliły. Łowiąc w zatokach, brania mieliśmy w każdym ustawieniu. Czasem wyjeżdżał jeden zębaty z miejscówki, innym razem cztery fajne szczupaki. Takiego nagromadzenia esoxów w naszych wodach jeszcze nie widziałem! Obławiając pas trzcin o długości około 100 metrów, wyciągaliśmy kilkanaście szczupaków, a większość z nich całkiem przyzwoitych. Trafiały się rybki do 75 centymetrów i wszystkie były w doskonałej kondycji. Czyli jednak tu są!



fot.13.jpg

Kolejny zębaty, tym razem 70+

fot.14.jpg

Guma na główce jigowej o masie 3 gram oraz obowiązkowo dozbrojka, okazały się strzałem w dziesiątkę.

fot.15.jpg

Zmęczenie daje się nam we znaki. Gdzieś na tym zdjęciu jest Jarecki, nasz operator.

Jeden z moich kolegów – Jacek Gorny, który jest zdecydowanie najlepszym wędkarzem z jakim miałem okazję łowić (…a łowiłem z wieloma) stwierdził kiedyś, że „szczupak potrafi się ot tak (tu pstryknął palcami) wyłączyć i ot tak (kolejne pstryknięcie paluchami) włączyć. Dokładnie taka sytuacja spotkała nas na Wierzchowie. Dwa dni nie działo się nic, a trzeciego dnia przed południem nagle ryby się odpaliły. Wreszcie nie było niemrawych trąceń czy delikatnych szczypnięć za ogonek gumy. Ryby tłukły w przynęty z całym impetem, chcąc po prostu zdemolować swoją ofiarę. Takie łowienie to ja rozumiem!
Nawet nie wiem kiedy zaczęło się ściemniać, bowiem ten dzień minął niezwykle szybko. Aż żal było spływać…

Ostatniego dnia znowu pływaliśmy po płytkich zatoczkach. Na głębokości od 30 centymetrów do 1 metra widzieliśmy najwięcej szczupaków. Widzieliśmy jak odprowadzają nasze przynęty, jak odsuwają się od dryfującej w ich kierunku łódki i jak atakują gumy. Ryb naprawdę było zatrzęsienie! Jak w Szwecji, na naprawdę niezłym łowisku!

 

fot.16.jpg

Janek z kolejnym, przyzwoitym szczupakiem z bardzo płytkiej zatoki.


fot.17.jpg

„Obiadek” na wodzie. W deszczu smakuje najlepiej.


Po trzech dniach wiedzieliśmy już, do jakich przynęt najchętniej startują esoxy. Próbowaliśmy łowić jerkami, jednak nieaktywne ryby nie chciały do nich startować. To samo było z popperami, które również „nie podnosiły” do powierzchni szczupaków. Łowiłem przez pewien czas Magic Swimerem w wersji soft i brań kilka miałem, jednak trudno było mi zaciąć rybę, która dosłownie trąca gumę końcem pyska. Dopiero gdy domontowałem do tej przynęty dozbrojkę z kotwiczką, zaciąłem szczupaka, a podczas próby odhaczenia…zaciąłem ową dozbrojką również samego siebie.
Strzałem w dziesiątkę okazały się jasne gumy (każdy napotkany nad wodą wędkarz twierdził, że jeśli guma to musi być jasna) uzbrojone na główkach jigowych o masie od 3 do maksymalnie 5 gram. Nie każda guma jednak pracuje na takiej lekkiej główce, więc sięgnąłem po przynętę, która wiem, że radzi sobie z takim uzbrojeniem – czyli popularnego Pulse Shada w wielkości 11 centymetrów. Było jednak zbyt płytko, aby puścić przynętę w opad, więc łowiliśmy podszarpując gumą – dokładnie tak, jak łowi się jerkami. Przynęty na 3 gramach ołowiu zachowywały się bardzo naturalnie i najważniejsze – dały się poprowadzić nawet na głębokości 30 czy 40 centymetrów (kij oczywiście uniesiony wysoko). I wszystkie ryby na tym wyjeździe (poza jednym szczupakiem, którego zaciąłem na wspomnianego MagicSwimmera z dozbrojką) złowiliśmy właśnie na Pulse Shady.

fot.18.jpg

Duży wobler Swartzonker, który często przynosi brania nawet w chwilach beznadziejnych, tym razem nie zadziałał. Ryby były nieaktywne.

fot.19.jpg

Chociaż nie, poprawka – skusiła się na niego….ważka. Wymiarowa.


fot.20.jpg

Obławialiśmy również rzadkie trzcinowiska, jednak tu brań nie było.

fot.21.jpg

Pewne rzeczy nie zmieniają się nigdy…

W pewnym momencie staliśmy niedaleko trzcin i obławialiśmy kolejna miejscówkę. Janek po kilku rzutach w kierunku pasa zieleni stwierdził, że machnie na otwartą wodę. Cała rozległa zatoka była płytka (maksymalnie 1 metr), więc ta „otwarta woda” była stwierdzeniem raczej umownym. Po kilku szarpnięciach przynętą Janek zacina i słyszę „siedzi”. Ryba chlapnęła ogonem po powierzchni i oceniamy ją na 70cm. Tej wielkości szczupak jest już fajną rybą filmową, warto więc wpakować ją do podbieraka. Po dwóch odjazdach ryba zaczyna nam rosnąć i stwierdzamy, że może to być osiemdziesiątka. Po chwili Janek podprowadza ją bliżej burty i w czystej wodzie widzimy, że szczupak jest większy niż nam się wydawało, może mieć 90cm! Esox szybko wjeżdża do siatki podbieraka i zdajemy sobie sprawę, że jest jeszcze lepiej! – może być blisko magicznego metra. Jankowi trzęsą się ręce, a ja zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, że chyba nie mam na łódce miarki… Janek mnie zamorduje… Całe szczęście miarka jednak się znajduje (naprawdę przez przypadek, ponieważ przeważnie jej nie używam i w takich chwilach jak ta, zawsze żałuję…) i okazuje się, że ryba ma równo 95cm. Jak na możliwości naszych łowisk jest naprawdę nieźle, a w dodatku ryba wyjechała przed obiektyw kamery, więc radość jest podwójna. Krótka sesja zdjęciowa, szczupacza mamucha wraca do wody i macha na pożegnanie ogonem. To było coś, brawo Janeczku!!!

fot.22.jpg

Janek z największym szczupakiem wyjazdu. Gratulacje chłopaku!!!

Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował pokręcić się w okolicy podwodnych górek, o których opowiadał nam Łukasz. Każdego dnia dawałem sobie godzinkę, aby je „obstukać” gumami. Szczyty podwodnych wzniesień wychodziły na 2, czasem 3 metry i były porośnięte zielskiem. Były też rozległe, a ich podstawa sięgała nawet 11 metrów – idealne miejsce na dużą rybę. I rzeczywiście, była duża ryba. Na samym stoku górki, na głębokości około 5 metrów przydzwoniła mi sporą gumę i nawet dostała po zębach. Gdy zaciąłem, kij wygiął się w piękną parabolę, a ręka zatrzymała mi się w połowie ruchu. Zdążyłem tylko krzyknąć „siedzi”….i ryba spadła. Nie mam pojęcia, czy miała 90 cm czy metr czy sporo więcej, ale na pewno była ładna. Było to jedyne branie na głębszej wodzie.

fot.23.jpg

Płyniemy w okolice podwodnych górek.

Nadszedł dzień powrotu i o ile dystans kolejnych 500km do domu mnie nie przerażał, to wytarabanienie ciężkiej krypy z jeziora już tak. Znaleźliśmy jedno miejsce, w którym teoretycznie powinno się udać, jednak wiedziałem, że będą problemy. Na szczęście na cyplu gdzie chciałem wyciągać łódkę stały namioty, a miejscowi wędkarze powiedzieli, że jak trzeba będzie to pomogą. I ta pomoc okazała się bezcenna! Wspólnie, w ośmiu chłopa męczyliśmy się prawie dwie godziny, żeby Nitro wyjechało z wody. Znowu było odpinanie przyczepy, było wpływanie łódką na przyczepkę 20 metrów od brzegu (auto oczywiście stało na plaży), dowiązywanie pasów transportowych i inne cyrkowe akrobacje. Po dwóch godzinach udało się wyciągnąć krypę i wyjechać autem z piachu, choć wizja dzwonienia po traktor stawała się niezwykle realna. Wielkie podziękowania dla wędkarzy (i ich żon!) spotkanych na brzegu za pomoc, bowiem bez tych ludzi bylibyśmy w przysłowiowej, czarnej dupie…

kjhtiukyluuglg (1 z 1).jpg

Nie było łatwo wyciągnąć ciężką łódkę.

Należy jednak wziąć poprawkę na wielkość i ciężar mojej łódki. 99% wędkarskich łodzi, które pływają po naszych wodach nie będzie miało tego problemu co ja z moim Nitro.
Tak czy inaczej ja jestem zachwycony nie tylko jeziorem Wierzchowo, ale również Trzesiecko i na pewno wrócę tu jesienią.
Bardzo dziękuję za pomoc w realizacji filmu Samorządowej Agencji Promocji i Kultury SAPIK w Szczecinku, Szczecineckiej Lokalnej Organizacji Turystycznej, Łukaszowi, Mariuszowi oraz naszym wspaniałym koleżankom z SAPIKu.
Materiał, który nagraliśmy zobaczycie najwcześniej jesienią w telewizji. O szczegółach będziemy informować na naszym fanpagu na facebooku:
https://www.facebook.com/crazyfishermen/


Kamil „Łysy Wąż” Walicki

Najczęściej oglądane

2015-03-31

2015-01-22

Znad wody. Crazy Fishermen Fishing TV Expedition Team 2015. Najlepsze filmy wędkarskie. Wszystkie prawa zastrzeżone.