Używamy cookies m.in. w celach zapewnienia maksymalnej wygody użytkowników przy korzystaniu z naszej strony (zapamiętywanie preferencji i ustawień na naszych stronach, zbieranie anonimowych danych dla celów statystycznych). Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.
ENG
PL

Wiślane drapieżniki

2017-07-15

Czyli jak zamieniłem szczupaka na sandacza

Dzień jakich w sezonie wiele. Trochę słońca, trochę chmur, wiaterek leciutki ale jest ciepło. Woda w Wiśle ma niski poziom, ale ja lubię na takim łowić. Rybę łatwiej znaleźć, a rzeka bezwstydnie odsłania swe tajemnice. W dodatku jej poziom od kilku ładnych dni jest ustabilizowany, więc nurt „ustawił” sobie dno po swojemu. Przykosy są w miarę ubite, rynny wypłukane, a wszystkie kanty i kanciki ładnie zarysowane. Ryby też już znalazły „swoje” miejscówki i żerowiska, więc ich zachowania stają się choć odrobinę przewidywalne.

 

To był pierwszy dzień naszej wyprawy. Wraz z Jankiem postanowiliśmy popływać trochę po Wiśle i poszukać fajnych miejscówek. Niestety pogoda trochę pokrzyżowała nam plany, bo o ile pierwszego dnia było wybitnie fajnie, to dwa kolejne dni miały nas uraczyć licznymi burzami i silnym wichrem.
Najpierw sum zdemolował mi sandaczowy zestaw. Nawet nie tyle sam zestaw, bo był mocny (stary, wysłużony ale niezniszczalny i niestety nie produkowany już Fenwick HMG, mocarny kręcioł Penn Slammer III 3500 oraz nowiuśka plećka opisana jako 0,20mm, a w rzeczywistości pewnie nieco grubsza), a hak w główce jigowej. Po kilkunastu sekundach holu wąsaty się wypiął, a ja wyciągnąłem gumę na odgiętym haku. Cóż, takie są uroki prób łowienia sandaczy w Wiśle…

 

fot.1.jpg


Nasza jednostka, którą pożyczył nam Felo jest zdecydowanie większa od mojego pontonu. Ten mierzy aż 470cm. Za chwilę wypływamy.

Szukając jakiejś ciekawej miejscówki w górze rzeki dopłynęliśmy do starej opaski. Byłem tu kilkanaście razy przez ostatnie trzy sezony, ale poza pojedynczymi boleniami nic nie złowiłem. Jednak opaska aż pachnie sandaczem i sumem…choć woda obmywająca kamienie jest moim zdaniem zdecydowanie za szybka. W jednym jedynym miejscu, tuż przy brzegu jest niewielki wolniaczek, taki dosłownie na 3, może 4 skoki gumą – potem nurt porywa przynętę. Głębokość w tym miejscu wynosi około dwóch metrów i powoli schodzi do ponad 4 metrów w głównej rynnie, a na dnie są kamienie – idealne miejsce na grubego sandacza. Nigdy jednak go tu nie złowiłem. Rok temu Jankowi spadła fajna ryba – być może sandacz, a dwa dni później spartoliłem mocne branie, jednak po śladach na gumie wiedziałem, że to był zbłąkany szczupak.
Tym razem pomyślałem, żeby odpuścić sobie to miejsce ale coś mnie tknęło…i rzuciłem propozycję, żeby spływając z nurtem w drodze powrotnej obrzucać opaskę boleniowymi woblerami. Rapy zawsze się tu kręcą, więc może któraś się skusi.
Gdy nasz ponton był kilkanaście metrów powyżej wolniaczka, machnąłem woblerem pod brzeg, zamknąłem kabłąk zanim chlapnął o powierzchnię wody i zrobiłem jeden obrót korbką. Wobler zaczepił o jakieś trawy czy inne patyki, ale odruchowo zaciąłem – co prawda dość lekko, ale…zaciąłem. Janek spojrzał i spytał „masz”? Najpierw powiedziałem, że coś siedzi, a zaraz potem, że chyba jednak nie, że to jakiś patyk. Janek mi wypalił – „sam jesteś patyk, masz rybę”. Dopiero w tym momencie i ja to zauważyłem! Ryba była chyba tak samo zaskoczona jak ja, bo dopiero po chwili zaczęła walczyć. Zjechała do dna i poczułem charakterystyczne, zamaszyste ruchy na boki, jakby kręciła głową i mówiła „nieee, nieee”. Przez myśli mi przeszło…nie, to nie możliwe… Ryba nie walczy jak boleń, bardziej jak…szczupak! I w tym momencie zobaczyłem szeroko otwartą, kaczą gębę. Piękny, Wiślany szczupak! Zapięty jednym grotem tylnej kotwiczki, za sam koniuszek pyska! Jeszcze dwa razy dojechał do dna, ale boleniowy zestaw i plećka 0,15mm nie pozwoliły mu na dalekie odjazdy. W dodatku dryfujący ponton zbliżał się do ryby, więc szczupak dość szybko znalazł się przy burcie. Był jednak wciąż silny, a rzeczne szczupaki są zdecydowanie mocniejsze od swoich jeziorowych braci. Przez głowę przeleciała mi myśl, że jeśli się obróci drugim bokiem to przetnie plecionkę, bo walczył cały czas z rozdziawioną japą. Skurczybyk jakby mnie usłyszał, jakby czytał w moich myślach. Dwie sekundy później wykonał zwrot, a ja zostałem z luźną plecionką i przysłowiową kocią mordą. Machnął na pożegnanie ogonem i tyle go widzieliśmy…

 

fot.2.jpg

 

Siedzi!!! Jeszcze nie wiem, że to szczupak.

 

fot.3.jpg

 

Esox pojawia się przy powierzchni i widzę, że jest zapięty jednym grotem tylnej kotwiczki.

 

fot.4.jpg

 

Tuż przy burcie zaczyna się prawdziwa wojna, a w mojej głowie myśl, że jak ryba się odwróci…

 

fot.5.jpg

 

…no i się odwróciła, a ja zostałem z kocią mordą.

Gdy ochłonąłem po stracie tej ryby zacząłem myśleć. Długa opaska z silnym nurtem i tylko jedno miejsce z wolniaczkiem. W tym roku Wisła nie usypała w pobliżu żadnej przykosy, nie naniosła żadnych drzew, więc zębaty nie ma gdzie się schować. Nie ma wyboru, musi wrócić w to samo miejsce, w którym stał gdy go zaciąłem. Zębaty nie należy do tych pamiętliwych i dość szybko zapomina, co go spotkało – tym bardziej że widziałem, że zacięty był bardzo płytko. Przyszoruje gębą kilka razy po kamieniach na dnie i wyrwie sobie woblera. Do wesela się zagoi…

Drugiego dnia wiało i trochę padało, więc odpuściliśmy sobie płynięcie w górę rzeki na opaskę. Ganialiśmy za boleniami po przykosach i dzikich brzegach, ale…to temat na inną opowieść.

 

fot.6.jpg

 

Czas na krótką przerwę na brzegu.

fot.7.jpg

Nawet słabe żarcie nad wodą smakuje najlepiej.

fot.8.jpg

Zmęczony Janek urządził sobie w pontonie półgodzinne chrapajewo.

fot.9.jpg

W nocy nawiedziła nas solidna burza. Tyle wody napadało w ciągu pół godziny.

fot.10.jpg

Janeczek dzielnie robił za pompę zenzową.

Trzeciego dnia uparłem się, żeby wrócić „po mojego” szczupaka. Tym razem byłem mądrzejszy i założyłem odporny na szczupacze zęby przypon. Starałem się napłynąć precyzyjnie, aby po postawieniu kotwicy i wypuszczeniu 20 metrów linki (silny nurt, więc trzeba zostawić sporo liny w wodzie) ponton „zaparkował” blisko wolniaczka. Janek po cichu opuścił na dno 14 kilogramową kotwicę, wypuścił odpowiednio dużo liny i stanęliśmy w miejscu. Na pierwszy ogień poszedł wobler ze sterem. Łowiłem nim wcześniej i choć nie doczekałem się brania (tak to już bywa z nocnymi sandaczami na mazowieckim odcinku Wisły…) to wiedziałem, że będzie łowił. Przemyka w wodzie dokładnie tak, jak powinien.
Po kilkunastu rzutach, gdy zaczynałem już wątpić w sukces jest mocne branie! Zacinam odruchowo, jednak na pusto. Nie poczułem ryby przy zacięciu. Oglądam dokładnie woblera i widzę ślady szczupakowych zębów. Na pewno to nie sandacz, na 100% szczupak! Czyli jest tu, stoi! Przykładamy się z Jankiem do łowienia, jednak drapieżnik nie chce już powtórzyć. Zmieniamy woblery, dłubiemy gumami…ale brania nie ma. Już nie powtórzy…

fot.11.jpg

Są ślady zębów, ale nie wciąłem dziadygi.

Mówię Jankowi, żebyśmy przestawili się jakieś 10 metrów niżej. W tej sposób będziemy mogli obłowić sam koniec wolniaczka ale już w miejscu, gdzie nurt przyspiesza i ciągnie nieco mocniej po kamieniach. Tak odrobinkę bardziej po sandaczowemu ale gdzieś tam tłukło mi się w głowie, że może zębaty po braniu odrobinę się przestawił.
To już było miejsce typowo pod gumę, więc woblera nawet nie zakładałem. Na agrafkę (na wszelki wypadek nie zdejmowałem stalki) powędrował klasyczny ripperek o długości 12cm. Ciemny grzbiet, jasne boki – Wiślana klasyka. Od pewnego czasy staram się łowić możliwie najlżej, więc główka 10 gram na początek, a jak będzie za lekko, sięgnę po coś cięższego.
Okazuje się, że dyszka jest ok ale tylko w chwilach, gdy nie wieje. Gdy wiaterek zaczyna się uruchamiać, guma nie dochodzi do dna. Mimo to walczę z tym obciążeniem, bo mam przekonanie do długiego i powolnego opadu. W pewnym momencie mam mocny strzał! Ryba grzmotnęła z pełną agresją, a ja zaciąłem odruchowo i bardzo mocno. Mój Fenwick wygina się solidnie i Janek krzyczy, że to sum. Ja już wiem, że to nie wąsaty, bo choć idzie spokojnie i przy dnie, to nie ma walenia ogonem. Mówię Jankowi żeby wyciągał aparat, bo to chyba ten szczupak. Powoli podciągam rybę bliżej pontonu (i już zaczynam się zastanawiać, czemu nie czuję na kiju „nieee, nieee…”?) i pojawia się jasny bok sandacza! Piękny, Wiślany smok! Janek rzuca tendencyjne „o kurwa! Sandacz!”, ale celuje we mnie obiektywem aparatu. Od razu zauważam, że nie widać gumy, więc jestem już niemal pewny, że ryba będzie nasza. Chwila szarpaniny i łapię ją pod skrzela!
Do zdjęć zakładam koszulkę, żeby nie świecić gołym brzuszyskiem (skąd on się wziął? Jeszcze rok temu go tu nie było…). Gumy nie widać… Nie ma jej ani na zewnątrz pyska, ani wewnątrz. Sandacz niestety połknął ją całą, dosłownie połknął. Tak właśnie zachowuje się żerujący drapieżnik. Nie pstryka, nie smyra, nie urywa ogonków. Nie ma domniemania brania, jest przyładowanie i „zniknięta” guma.

fot.12.jpg

Moment podebrania. Tym razem byłem spokojny, nie było widać gumy.

fot.13.jpg

Mniejszy niż szczupak, który obciął woblera, sporo brakuje też do życiówki, ale ryba strasznie mnie ucieszyła.

fot.14.jpg

Taki widok zwiastuje spore kłopociki…

Łowimy w tym miejscu jeszcze pół godziny i Janek zalicza mocne branie, które jednak spartolił. Nie dlatego, że jest lamusem (bo nie jest) a dlatego, że wiatr wiejący pod prąd rzeki przybiera na sile i utrudnia łowienie. W oddali widzimy ciemne, burzowe chmury, które w połączeniu z nasilającym się wiatrem nie wróżą nic dobrego. Podnosimy kotwicę i uciekamy do brzegu. Na dziś to koniec łowienia…

fot.15.jpg

Szybki telefon do Fela z meldunkiem o dzisiejszych wynikach jest obowiązkowy na każdej wyprawie.

Trochę żałuję straty Wiślanego szczupaka 90+ choć z drugiej strony sandacz – mimo, iż sporo mniejszy od esoxa, ucieszył mnie bardziej. Nie wiem o co chodzi, a jednak sandacze mają w sobie coś magicznego, niepowtarzalnego. Nieprzewidywalność ich zachowań jest czasem wybitnie wkurzająca, ale….jak ich nie kochać?

Kamil „Łysy Wąż” Walicki

Najczęściej oglądane

2015-03-31

2015-01-22

Znad wody. Crazy Fishermen Fishing TV Expedition Team 2015. Najlepsze filmy wędkarskie. Wszystkie prawa zastrzeżone.